Dear Friends

DF 61 - Dziwny przypadek Mitzi, czyli kulturalna odpowiedz

Wrzesien 2017

Chicago

Drodzy Przyjaciele!

Pytacie, o czym do diaska plote za kazdym razem na zakonczenie Strange Kind of Woman.

To prawdziwa historia, roznica sie nieznacznie za kazdym razem w zaleznosci od pogody lub od tego, czy w danym momencie bola mnie zeby, a czasami daja mi mocno popalic, zwlaszcza jak cos zjem.

Pewnego ranka, jak zawsze w tym miejscu, zazywalem kapieli w lokalnym stawie/rzece/jeziorze czy jeszcze innym strumieniu swiadomosci, kiedy wtem z mgły wylonila sie... nie moglem uwierzyc wlasnym oczom! Az musialem przetrzec oczy ze zdumienia. Zastyglem w bezruchu i w jednej sekundzie znalazlem sie caly pod woda. Kiedy wynurzylem sie na powierzchnie, lapiac w pluca powietrze, od razu spojrzalem w jej kierunku... i bach, zderzenie bylo nieuchronne!

Spodziewalbym sie kazdego, tylko nie jej, i na dodatek w canoe Mohawków. Canoe tego rodzaju ma charakterystycznie wyprofilowany dziob, lekko wzniesiony do gory, z czubkiem skierowanym w tyl. Podobnie wyglada zakonczenie canoe z drugiej strony, czyli na rufie. Lodz tego rodzaju znacznie latwiej zatopic niz np. kajak czy tradycyjne indianskie canoe ze wzgledu na plytko osadzony poklad. Taka lodeczka znika pod woda jak zloto...

Ale, oto ona, w pelnej krasie.

Mitzi Dupree! Kleczaca na szeroko rozstawionych nogach w tylnej czesci canoe, ze stopami przylegajacymi blisko siebie (uwaga! strzezcie sie tautologi, co nie oznacza, ze jakas juz nam sie tu przydarzyla - to przynosi pecha, zwlaszcza we wrzesniu!).

Sprytna jak zawsze, uzywala wyjatkowo dlugiego wiosla, ktorym umiejetnie podbierala wode spod canoe, i to wode kazdego rodzaju - mniej lub bardziej zasolona, swieza lub zanieczyszczona, a nawet fizzante - w zaleznosci od lokalizacji (jesli dzis wtorek, to mowa o jeziorze Michigan, a jesli piatek to jestesmy w Cincinnati na rzece Ohio, choc moze to byc tez Little Miami... w kazdym razie, rozumiecie, o co mi chodzi, prawda?). Kiedy po naszym zderzeniu zaczalem sie wspinac na poklad jej lodzi, Mitzi, z ktora bylismy przeciez na 'ty', calkowicie mnie zignorowala. Wygladalo to tak, jak by mnie w ogole nie zauwazyla (powody takiego zachowania zostana wyjasnione w rozdziale 17).

Szyje Mitzi otulal srebrny los... Dla scislosci dodam, ze chodzi w istocie o wisior w ksztalcie losia, dyndajacy na falrepie. Nie wyobrazam sobie zreszta, jak Mitzi moglaby zarzucic wokol szyi losia. Chyba, ze przerzucilaby jakos przez jedno ramie przednie lapy zwierza, a przez drugie - tylne, ale na pewno nie udaloby sie jej zawinac calego losia wokol szyi... Moze predzej udalby sie taki zabieg bydlem, na przyklad z jakims bardziej rozrosnietym kozlem. Jak by go odpowiednio ulozyla, tak, zeby bylo widac tylko parzyste kopyta - a Mitzi ma krzepe, wiec z pewnoscia dalaby sobie rade - mogloby sie udac. Ale do rzeczy. Srebrny los, rzadki gatunek, moze nawet juz wciagniety na liste tych zagrozonych - o ile w ogole nie byl to ostatni egzemplarz! - zwisal dzielnie (i niepodzielnie), uczepiony skorzanego falrepu tak, jak przykazal Newton.

Muskularne uda Mitzi byly delikatnie naoliwione, a do kazdego z nich przyczepiono miedzykontynentalne rakiety balistyczne o piekielnej sile razenia, zas pod skrawkiem materialu zaslaniajacego jej krocze kryl sie wlochaty detonator... No dobrze, przyznaje, moze nieco sie zagalopowalem... Patrzylem zaledwie pare sekund! Tak, czy owak, juz to wystarczylo, zeby doszlo do detonacji. Wystrzelila w gore z impetem, ale wznosila sie powoli, jak promy kosmiczne startujace z Cape Canaveral. Patrzac z oddali mozna bylo wrecz odniesc wrazenie, ze stoi w miejscu, ale mnie i tak towarzyszylo uczucie, ze lada chwila wydarzy sie cos dramatycznego. Startujac, Mitzi zrobila bowiem w rufowej czesci pokladu dziure wielkosci labradora. Wygladalo to jak krater wulkanu! Co prawda, nikt wczesniej nie widzial nigdy rufy w canoe, ale one istnieja, uwierzcie mi! Kiedys widziano jedna w okolicy Victoria Falls, ale jej trop urwal sie nagle na skraju wodospadu. Poza tym bylo jeszcze jedno canoe... ale niewazne, wiecej mozecie o tym przeczytac w rozdziale 22.

Kiedy stopy Mitzi znalazly sie w nieduzej odleglosci nad ziemia, chwycilem ja odruchowo za kostki jak aportujacy pies. Nie bylo to zbyt madre z mojej strony, i nie chodzi wcale o to, ze w ogole ja zlapalem za kostki, ale o sposob, w jaki to zrobilem. Zamiast zlapac je oburacz, zawislem na jednej rece, druga probujac rozsuplac lancuch kotwicy, ktory zaplatal sie wokol mojej kostki! Kotwica robila wszystko, zeby nie utonac. Dziwne, zawsze sadzilem, ze kotwice zostaly wynalezione wlasnie w takim celu. Wyglada jednak, ze ta kotwica miala zupelnie inny poglad w tej sprawie.

W miedzyczasie pozostala czesc ciala Mitzi zaczela przyspieszac w gore, nie zwazajac na nasza zabawe w kotka i myszke. "Nasza", czyli moja, jej kostki i pewnej nieznosnej kotwicy. Poniewaz nie chce, aby ta ostatnia zyskala slawe, wspomne tylko, ze miala na imie Jeff, i to musi wam wystarczyc. O kotwicy wspominam wlasciwie tylko po to, zebyscie sobie unaocznili, z jak duzym ciezarem musiala sie mierzyc nasza bohaterka.

Przez to, ze wisialem na jednej rece, rakieta, czyli cala ta nasza wielopoziomowa konstrukcja, nie mogla utrzymac rownowagi. Zaczelismy wirowac niczym centryfuga - kolejny dowod na to, ze nie da sie pokonac sil natury. Nim dotarlismy do warstwy ozonowej, przypominalismy juz calkiem inny twor, cos jakby roztanczonego derwisza.

Wtedy Mitzi została nieoczekiwanie odarta ze swej godnosci, i to w momencie, kiedy mozna bylo sadzic, ze uda jej sie dac odpor wszelkim silom natury. Byla bowiem tak rozpedzona, ze niemal wytracila Tantala, planetoide okrazajaca Slonce, ze swej orbity. Ha! Tymczasem wszystkie rzeczy poszly w ruch: guziki, kokardy, paski, zapaski, szelki, klamerki, szaliki, rzepy, suwaki i zamki, a nade wszystko pary elastycznych majtasow (tak, tak, celowo uzywam liczby mnogiej, bo, jak sie potem dowiedzialem - informacja ta splynela od bardzo czujnych podgladaczy z Jodrell Bank - Mitzi, ku zaskoczeniu wszystkich, miala na sobie az dwie pary majtek). Wszystko to rozpierzchlo sie wokolo i opadlo na ziemski padol, zostawiajac Mitzi calkiem naga.

Poniewaz, badz co badz, jestem dzentelmenem - lub przynajmniej lubie tak o sobie myslec - szybko odwrocilem wzrok. Zreszta i tak bym niczego nie zobaczyl, bo po pierwsze od tego wszystkiego zaczely mi lzawic oczy, a po drugie zaczalem sie nieco niepokoic o wysokosc na jakiej sie znalezlismy. Uscisk mojej dloni na kostce Mitzi szybko bowiem zaczal malec. Ja to mam szczescie. Akurat kostka, do ktorej bylem niemal doslownie przywiazany - oczywiscie fizycznie (i histerycznie!), nie emocjonalnie - byla naoliwiona znacznie bardziej niz reszta ciala naszej bohaterki. Co na to Mitzi? Poniewaz trudno ja zaliczyc do kategorii dam, ochoczo wykorzystala dzialanie WD-40 i pozbyla sie balastu, jakim dla niej sie stalem. W ten sposob dla mnie skonczyla sie ta historia. Ona poprula w gore, a ja zaczalem opadac w dol (patrz: rozdzial 93).

Odzyskawszy pelna moc, Mitzi odpalila obie rakiety i ruszyla w kierunku Chelsea Harbour w jakiejs innej galaktyce - zapewne w celu zrobienia zakupow i wziecia udzialu w towarzyskiej rozgrywce w ping-ponga.

W drodze powrotnej natrafilem na turbulencje i zlapalem wysypke od wysokiej temperatury. Wszystko to sprawilo, ze zaczalem krzyczec w panice. Udalo mi sie jednak wyladowac w dosyc konwencjonalny sposob, nieopodal zbiornika wodnego, w ktorym plywam kazdego ranka. Wlasciwie to spadlem na czas, tuz przed przed pierwsza zwrotka Uncommon Man.

Ian Gillan

Copyright © Ian Gillan 2017

Powrot do:
return to DF index